Jeśli zaleczę choć jedno serce, nie będę żył na próżno... Jeśli choć jednej pomogę rozterce, jednej ranie ulgą posłużę, jeśli jednego małego ptaka z powrotem do gniazda włożę, nie będę żył na próżno... Emily Dickinson

Clock by Widgia.com
poniedziałek, 23 stycznia 2012

W piątek oprócz stałych: mierzenia ciśnienia i zaglądania wgłąb oczu miałem tylko jedno dodatkowe badanie. Skądinąd bardzo przyjemne, ponieważ faza wstępna polegała na dwugodzinnym czytaniu, bez przerwy. Namawiać specjalnie mnie do tej czynności nie trzeba. Okazuje się bowiem, że czytanie też może wzmagać narastanie ciśnienia wewnątrzgałkowego (akomodacja oczu). 

W oku niewidzącym doliczono się 30 kresek przed i aż 45 mmHg po lekturze. Nie ma znaczenia, że oko nie widzi, bo człowiek nie kameleon i nie posiada zdolności niezależnego posługiwania się obojgiem oczu. Oba pracują tak samo. W oku widzącym po 10 dniach bez leków ciśnienie tylko nieznacznie wzrosło do 22 kresek przed lekturą i co pozytywnie zaskakujące - po lekturze spadło do 18.

Następna wizyta za miesiąc, z kontynuowaniem niezakraplania oka widzącego i nakazem mierzenia ciśnienia co dwa tygodnie w obu w miejscowej przychodni. I tu zaczyna się tytułowy cyrk. Dotyczy on wszystkich zresztą pomniejszych przychodni, czyli brak na początku roku podpisanych umów z NFZ. Każda wizyta w tym czasie jest odpłatna. Zastanawiam się tylko, czy przy ostrym ataku jaskry też musiałbym płacić za obowiązek przyjęcia mnie. Ja się na tym nie znam, ale czy nie istnieje żadna metoda, aby tę niedogodność zmienić?

wtorek, 17 stycznia 2012

Mój analityczny umysł potrzebuje danych, aby móc coś zrozumieć. Kiedy przychodzi rozumienie, o wiele łatwiej jest z danym problemem się uporać. Można dojść do wniosku, że życie jest zbyt krótkie, by tracić czas na rozpacz i mimo poważnego uszczerbku na zdrowiu, starać się żyć normalnie. Jednak poradzenie sobie z emocjami z nim związanymi wcale już takie łatwe nie jest. Zwłaszcza, gdy tkwi się w niewiedzy, dlaczego do tego doszło. Przecież lekarz uspokajał, że z jaskrą można żyć dziesiątki lat bez obawy uszkodzenia wzroku, że badania zawsze jeszcze zdążymy zrobić, że wszystko jest opanowane i w porządku.

Nie bardzo potrafię sobie wyobrazić leczenia bez zaufania do lekarza. Jednakże to zaufanie, powodowane niemożnością porozumienia, powoli gasło. Może ja i jestem laikiem, ale doskonale skądinąd wiem, że jakikolwiek ból, a zwłaszcza tak silny, jakiego doznawałem + parę innych objawów, raczej nie oznacza, że wszystko jest pod kontrolą i opanowane. Żal do siebie mogę mieć jedynie o to, że to zaufanie gasło tak powoli. Do doktora K. mam w tej chwili żal i ogromny uraz. Pomimo, iż na co dzień jestem spokojnym człowiekiem, bez cienia agresji wobec bliźniego swego, to w tym wypadku mam ochotę nim potrząsnąć, a następnie bez skrupułów udusić. Wizyty miewałem zawsze rano stosunkowo krótko po zakropleniu oczu lekami, wobec czego nie dziwię się, że w tym czasie ciśnienie mieściło się w granicach normy. Ale późniejszego w ciągu dnia bólu nie powodowały emocje, jak mi insynuowano, lecz wzrost ciśnienia wewnątrzgałkowego. Dlaczego dr K. nie słuchał, co pacjent (wielokrotnie) mu oznajmia? Oprócz bólu pojawiało się falami zamglenie widzenia, które następnie ustępowało. Według dra K. to nie mogły być objawy związane z jaskrą, bo jaskra uszkadza wzrok nieodwracalnie, wobec czego zamglenie widzenia nie miało prawa ustępować. W poprzedniej notce na podstawie informacji wyszperanej w sieci udowadniałem, że p. dr K. się mylił. Omylność tę następnie potwierdzili specjaliści z poradni jaskrowej. 

Coraz bardziej zniechęcony metodami leczenia dra K. udałem się w końcu na konsultację do innego okulisty, dr R.-B. Tamże „okazało się“, że ciśnienie nadal jest wysokie, 40 mmHg. Nie podskoczyłem na tę wieść z radości. Przez wiele tygodni utrzymywało się w granicach 19-23 kresek, a tu nagle znowu 40?! Następnie pani doktor stwierdziła, że nie zna historii mego leczenia, wobec czego osobiście nie może go kontynuować. Wypisała jednak przekaz do poradni jaskrowej (ciekawe, że ani słowem nie napomknęła, że tam również nikt nie będzie znać historii mej chroby i jej leczenia), dodając że ciężko się tam dostać, no ale warto próbować. A pewnie, że warto! Próbowałem dwa tygodnie, bo dopiero po takim okresie udało mi się w końcu dodzwonić i zapisać na wizytę, która możliwa była dopiero za ponad 4 miesiące. Pomyślełem sobie, że przy tak wysokim ciśnieniu pomoc jest potrzebna natychmiastowo, a nie po kilku miesiącach. Dostałem numer telefonu do lekarza i zrelacjonowałem mu pokrótce dotychczasowe leczenie. Dostałem bardzo zastanawiające zadanie do wykonania. Otóż mam się udać do pani dr, która wypisała mi przekaz i na prośbę lekarza z poradni jaskrowej przekazać jej, aby doń przedzwoniła, osobiście potwierdzając, że ciśnienie w oku mym jest rzeczywiście tak wysokie, jak zaznaczyła to na przekazie. Nie podejrzewając jeszcze niczego złego naiwnie próbowałem spełnić tę niecodzienną prośbę. Nie będę relacjonować przebiegu rozmowy z panią R.-B., nie była zbyt ciekawa. Przyczyn, dla których nie zadzwoni do poradni pani doktor wymyśliła bardzo wiele, na koniec próbując winę za własne machlojki przerzucić na mnie, twierdząc, iż żałuje, że mnie przyjęła!

Niestety, nie jest to pierwsza taka sytuacja z p. dr R.-B. Już kiedyś, jak to ma zwyczaj nazywać próbując mi pomóc, sfałszowała wyniki badań. Szczerze jestem wdzięczny za ten przekaz, ale... Przecież człowiek to nie tylko soma, ale i psyche; czy taki lekarz nie zastanawia się, co pacjent przeżywa po usłyszeniu tak niezadowalających wyników? Poza tym - ponownie - co z zaufaniem do lekarza? Jak ufać, skoro się okazuje, że pacjentowi przekazywane są nieprawdziwe wyniki badań? Co z etyką lekarską? I - w końcu - czy prośba lekarza z poradni jaskrowej każe domniemywać, że taka nieuczciwość jest wśród medyków sprawą powszechnie stosowaną?

...

Odpuściłem sobie ewentualny ciąg dalszy. Wzrok już wtedy był utracony, ból ustał, więc stwierdziłem, że zaczekam te cztery miesiące. Po takich przeżyciach, jak powyższe, nie wiedziałem czego mogę się spodziewać w klinice, nadzieję jednak utrzymywałem. Badania trwały 6 godzin. Mój siostrzeniec (w roli przewodnika) był zachwycony ich przebiegiem, ja pomimo zmęczenia pozytywnie zszokowany. Zróbmy sobie porównanie. 

1. Doktor K. po zdiagnozowaniu jaskry, gdy ciśnienie wynosiło 48mmHg nie podał mi gliceryny na natychmiastowe zbicie ciśnienia. W klinice wynosiło ono „zaledwie“ 27 kresek i pomimo iż oko (wzrok) jest nie do odratowania - glicerynę do wypicia podano mi natychmiast. (Po jakichś dwu godzinach było już tylko 20 kresek.)
2. Doktor K. wmawiał mi, iż ból musi powodować coś innego (najprawdopodobniej emocje), skoro ciśnienie jest w normie, a pojawiające się i zanikające falami problemy z widzeniem to nie objawy jaskry. W klinice potwierdzono, że to są klasyczne objawy jaskry, ciśnienie może wzrosnąć nagle w ciągu nawet kilkudzisięciu minut, a oko boli dopóki jakikolwiek procent widzenia jest zachowany. Gdy nerw wzrokowy jest zniszczony, nie ma co boleć, nawet przy bardzo wysokiej wartości ciśnienia.
3. Doktor K. przez 10 miesięcy niezmiennie twierdził, że dodatkowe badania zawsze jeszcze zdążymy zrobić, bo osobiście wolałby ciśnienie zbić jeszcze o parę kresek przed nimi (przy badaniu pola widzenia ciśnienie w oku nie ma znaczenia!). W klinice przy ciśnieniu nieco wyższym niż w ostatnich paru miesiącach nikt nawet się nie zastanawiał, czy w ogóle warto robić cokolwiek więcej niz zbadanie samego ciśnienia. Różnych badań miałem zrobionych około siedmiu, w tym nowoczesną tomografię siatkówki oka.


I teraz uwaga! GDYBY dr K. OD RAZU, NA SAMYM POCZĄTKU ZLECIŁ WYKONANIE ODPOWIEDNICH BADAŃ - OPERACJA DAŁABY SZANSĘ NA URATOWANIE WZROKU!!


Jaskrę spowodowała moja pierwotna wada wzroku. Zmiany degeneracyjne spowodowały podwinięcie się soczewki, co z kolei zablokowało odpływ cieczy wewnątrzgałkowej. Metoda dra K. wobec tego tylko leczyła objawy, a nie przyczynę ich wystąpienia. Gdyby wtedy od razu zajrzano mi wgłąb oka, operacja usunięcia soczewki i wstawienia sztucznej mogła mi uratować wzrok w lewym oku.

Zagrożenie wystąpienia tego samego w oku prawym istnieje. Jednak w oku prawym objawy jaskry od początku były nieznaczne, wobec czego odstawiliśmy na tydzień leki całkiem, aby sprawdzić czy ciśnienie w nim w ogóle narasta. Rozstrzygną to badania piątkowe. Oko to bez leków mnie nie boli, więc możliwe, że nie potrzebuje jeszcze leczenia.

Oprócz metod leczenia stosowanych przez dra K., które są co najmniej zastanawiające, cała reszta związana z wystąpieniem u mnie jaskry, jej rozwojem oraz wszelkimi przeżyciami z nią związanymi, jest już dla mnie całkowicie zrozumiała. Mam nadzieję, że wobec tego teraz już łatwiej będzie mi opanować ostatecznie emocje związane z utratą wzroku.

czwartek, 06 października 2011

Szeroki kąt przesączania

Około 80% chorych ma tzw. szeroki kąt przesączania. W tej postaci jaskry ciecz wodnista z trudnością wydostaje się na zewnątrz przez zmienione chorobowo elementy kąta przesączania. Ciśnienie w oku podnosi się stopniowo, ale powoli - często latami. Ta postać jaskry jest bezbolesna i nie daje żadnych objawów - aż do momentu prawie całkowitego zniszczenia nerwu wzrokowego.

Zamykający się kąt przesączania

W przypadku wąskiego, zamykającego się kąta przesączania (około 20% chorych), droga odpływu cieczy wodnistej na zewnątrz może być zablokowana nagle, zwykle przez tęczówkę, wskutek rozszerzenia się źrenicy¹. Ciśnienie w oku gwałtownie wzrasta, chory odczuwa silne bóle głowy i oka, któremu towarzyszą zamglenia widzenia. (…)

W jaskrze z kątem zamykającym się - ostrość wzroku jest chwilowo gorsza - gdy ciśnienie w oku podwyższa się, natomiast gdy ciśnienie spada - ostrość wzroku poprawia się. Pole widzenia jest początkowo prawidłowe - w stadium zaawansowanym pojawiają się ubytki, by w konsekwencji doprowadzić do rozległego zniszczenia pola widzenia.²

(http://lexummedica.pl)

Jestem rozgoryczony i rozżalony…

Przez parę miesięcy dokładnie tak opisywałem lekarzowi objawy mojej choroby. Pojawiające się falami, CHWILOWE, zamglenia widzenia z najczęściej towarzyszącym napadem silnego bólu. Występujące pomimo tego, iż ciśnienie podobno było uregulowane na tyle, by nie zagrażać utratą wzroku. Nie mam pojęcia, czy ciśnienie może nagle wzrosnąć w ciągu kilku zaledwie chwil do bardzo wysokich wartości i po kilku godzinach równie nagle opaść do wartości bezpiecznych. Bo jeśli pomiary były prawidłowe, to jest to jedyna hipoteza, która nasuwa mi się dla wyjaśnienia zaistniałego faktu.

Wizyty miałem zawsze przed południem, w godzinę czy dwie po podaniu leków. Pewnie dlatego nigdy się nie zdarzyło, abym w gabinecie miał zamglone widzenie. Jedyną reakcją było zbadanie wzroku – całkiem długo się utrzymywał na poziomie 20% - i niezmiennie powtarzana zasada wyjaśniająca te fale zaburzeń widzenia i napadów bólu: - Jaskra trwale uszkadza nerw wzrokowy i jest to proces nieodwracalny, więc takie zaburzenia NIE MOGĄ wynikać z powodu jaskry. Może to emocje…

Aż się dziwię, że emocje które mi towarzyszą od jakichś dwóch tygodni nie spowodowały jeszcze u mnie zawału czy innego wylewu. A oko jak w ostatnim czasie nie bolało, tak nie boli nadal… Zatem to emocje spowodowały utratę wzroku?

I tyle na ten temat.

Dziś jestem po kolejnym dniu zmagań ze służbą zdrowia, zakończonych jedną kompletną klęską (nie chce mi się ani o tym myśleć już, ani opisywać – wybaczcie – może innym razem) oraz jednym sukcesem, na którym staram się skupić swoje emocje. Po dwóch tygodniach bezowocnego wydzwaniania do Kliniki, wreszcie dzisiaj udało mi się zapisać wizytę! :) Może zatem 2012 rok zacznie się dla mnie łaskawiej…

Kiedyś wspominałem, że efekty robionych zdjęć widzę dopiero w komputerze. Poniższe byłoby całkiem udane, gdybym nie przyciął bernikli czuprynki... 


¹ Bardzo nietypowy w moim przypadku objaw – źrenica nigdy nie była rozszerzona, nawet przy najwyższym ciśnieniu, jakie u mnie wystąpiło.

² Podkreślenia moje.

poniedziałek, 26 września 2011


Nigdy nie wątpiłem w swój geniusz. Bo czyż nie są potrzebne wyjątkowe  umiejętności, aby podczas golenia zaciąć się w wargę? Nie gdzieś tuż nad, lecz idealnie w samym środku. Następnego zaś dnia planowana była randka. Super!...

Podczas ostatniego pobytu pod gruszą siostra coś mi chciała pokazać, podając przedmiot do ręki. Wyciągam dłoń i nie mogę trafić, aby chwycić. Chwilkę to trwało. Zniecierpliwiona siostrzyca nakrzyczała na mnie. Miłe to nie było, ale nie chciało mi się tłumaczyć przyczyn mojej nieporadności ruchowej.

Widzimy mózgiem. Kiedy w stosunkowo krótkim czasie silnie siada widzenie w jednym oku, mózg musi się przyzwyczaić do tego stanu, a zanim to nastąpi potrafi wyczyniać niezłe cuda. Najbardziej przeraziłem się w początkowym okresie tracenia wzroku w lewym oku. Idę chodnikiem, po prawej stronie mam trawnik i ogólną zieleń, po lewej szosę. Dochodzę do przejścia dla pieszych, skręcam w lewo i nagle pomiędzy chodnikiem a szosą widzę zieleń… Irracjonalne odczucie i kompletne zgłupienie, nie wiedziałem co zrobić ani jak postawić stopę, żeby przejść.

 

Dotychczasowy okulista twierdzi, że mam zachowane 20% widzenia w lewym oku. Według mnie, jeśli jest to 5%, to i tak dużo. W jasny dzień z trudem odróżniam bardzo silne kontrasty typu czerń i biel, lecz już np. brunatnego na pomarańczowym tle nie wychwycę; oraz ruch tuż przed nosem.

Kiedy ciśnienie wewnątrzgałkowe jest unormowane, oko nie ma prawa boleć. Skąd zatem okresowe bóle równie silne jak przy ostrym ataku jaskry? Dotychczasowy pan okulista rezolutnie a spontanicznie rzucił: - Nie wiem! Następnie zaczął gdybać: może to, może tamto, a może emocje. Świetnie, tylko jak na mój chłopski rozum, jeśli wkurzę się dzisiaj, to powinno zaboleć dzisiaj, najpóźniej jutro, a nie za tydzień…

Zatem dotychczasowy okulista został przeze mnie beznamiętnie porzucony. U poprzedniej pani doktor nie byłem jakieś 7-8 lat, a tu miła niespodzianka – zostałem zapamiętany i rozpoznany. :) Na moje utyskiwania dotyczące bólu występującego „bez powodu” a nasilającego się w pozycji leżącej natychmiast zostałem skierowany do laryngologa. Zdaje się, że ten specjalista emocjami się jednak nie zajmuje, aż dziwne… (Chodzi o zatoki.) Dostałem też skierowanie do Poradni Jaskrowej w Poznaniu, gdzie dostać się trudno, ale trzeba popróbować.

 

Lewe oko spisałem na straty… Ponieważ głównie wzrokowo operuję okiem prawym, to z lewym przede wszystkim chodzi mi o wyeliminowanie przyczyn okresowego bólu. W tej chwili jest spokój, ale na jak długo? Z drugiej strony zapewne warto też powalczyć o te marne resztki widzenia, mogą się jeszcze kiedyś przydać. 

To też nie jest tak, że nie przeżywam tej sytuacji wcale. Martwi mnie ona. Jednak z drugiej strony niezmiennie uważam, że nie można się zamartwiać bez końca. Życie toczy się dalej. Trzeba się zatroszczyć o te oczęta, ale i żyć też trzeba.

 

Papugi to mądre ptaszki. Ale nawet Hebe, inwalidka z utraconą umiejętnością lotu ciągle zapomina, aby się doń nie podrywać, bo grozi to nieprzyjemnym, często bolesnym klapnięciem na podłogę. Mógłbym zamknąć chore oko, żeby uniknąć sytuacji, o jakich wspomniałem na początku notki. Tylko że ciągle przychodzi mi to do głowy po niewczasie. Nie jestem pewien, czy można w ogóle zatracić ufność w przystosowawczą funkcjonalność swego organizmu. Pewnie jeszcze nieraz zdarzy mi się dziwna sytuacja, mimo iż występują one coraz rzadziej. Podchodzę do nich już z poczuciem humoru. Nawet, kiedy rozcięta warga powoduje dyskomfort podczas uśmiechu. ;)


 

niedziela, 25 września 2011

Lato umknęło. Czas plażowania również dobiega końca. Ale ładnego brązu nabrały nasze ciała, prawda?

Link na drugim zdjęciu jest odnośnikiem do informacji o prezentowanych zwierzach. Same zdjęcia są moją własnością. 

 

czwartek, 15 września 2011

Pod względem technicznym zmiany już nastąpiły. Dziś. Troszkę z opóźnieniem, które właściwie zafundowałem sobie sam, zmieniając wcześniejsze zamówienie. Technicy z centrum BOK Netii zgodnym chórem twierdzili, że problem leży po stronie firmy. Zatem nie bardzo wiem po co miałem jeszcze techników z Netii w domu. Kombinowali przez 2 godziny i wymyślili w końcu… zmianę kabelka: telefoniczny został podpięty pod modem. Miało pomóc, nie pomogło. Panowie wielokrotnie powtarzali, iż z Netia-Spotem takie problemy są na porządku dziennym. Więcej problemu nie zgłaszałem w BOKu, zadzwoniłem tylko dowiedzieć się o interesujących mnie kwestiach – opłata za dzierżawiony modem w przypadku rozwiązania umowy (anulowana) oraz kara za przedterminowe rozwiązanie umowy (rzędu kilkudziesięciu złotych, nie jest źle). Oficjalnie umowy rozwiązać zamierzam dzisiaj, dziękując za siedmioletnią współpracę i cierpliwość; chciałem mieć choćby i tak bardzo niestabilny Internet do momentu podłączenia nowego.

Nowy operator – UPC. Rozumiem, że o klienta trzeba dbać, zwłaszcza nowego. Być może to także moje nieprzystosowanie społeczne, czyli nadmierna ufność. Ale jak do tej pory nie mam nic do zarzucenia obsłudze. Jest szybka, profesjonalna i rzetelna. Jeśli dany przedstawiciel czegoś nie wie, mówi o tym wprost, zamiast wymyślać pasujące rozwiązanie, jak to bywało w Netii. Równie uczciwie mnie poinformowano, że do regionalnego BOKu nie mam co dzwonić, bo się nie dodzwonię; pozostaje zatem katowicki OBOK. Pomyłka, jak na razie, była jedna i mało istotna; po prostu zdziwiłem się, że technik zjawił się u mnie przed umówioną porą wizyty. Odnoszę wrażenie, jakby Internet był nieco wolniejszy, ale to i tak pikuś w porównaniu z wcześniejszą niestabilnością.

Rozumiem również, że pakiety są bardziej opłacalne od pojedynczych zamówień. Mimo wszystko tak liczę, liczę i nadziwić się nie mogę. W Netii za 120,- zł miałem telefon (1 h darmowych rozmów + 15 minut na komórki) oraz Internet od 8 Mb wzwyż. Z UPC za tę sama kwotę: telefon (4 h darmowych rozmów, także na komórki), Internet 25 Mb, telewizję 110 kanałów oraz nagrywarkę za dodatkowe 10,- zł. Zamiana bez wątpienia opłacalna. Telewizji nie miałem jakieś 6 lat wcale, więc przez jakiś czas pewnie będę nadrabiać. ;) Telewizor nadal mam stary, kineskopowy jeszcze. Zastanawiam się nad jakimś nowocześniejszym, ale to muszę sobie dokładnie przemyśleć (nowy kredyt…). Mam miesiąc na wymówienie kanałów nadawanych w jakości HD i to też muszę jeszcze przemyśleć. Być może pozostawiłbym je, gdybym zdecydował się na nowy odbiornik TV. Zdaje się, że po tym pierwszym miesiącu opłata wynosi 10,- zł; natomiast, gdybym zrezygnował i zamawiał ponownie, byłaby już wyższa.

To jak na razie tyle zmian. Internet, testowany od jakichś dwu godzin, zachowuje się stabilnie i to jest najważniejsze, bo od wcześniejszej niestabilności wszystko się zaczęło… :)


 

Któryś dzień w tygodniu nadawałem poranną audycję. W ciągu czterech godzin rozłączyło mnie 9 razy! Fragmenty z moim poczuciem humoru oraz wpadkami poniżej…

15:12, ksanthos , Radio
Link Komentarze (1) »


Wyjazd pod gruszę w tym roku miałem zaledwie jeden. Póki co na kolejny się nie zanosi. Raczej z braku czasu niż ochoty. Zdjęcia były robione w trzech różnych miejscach, część na moim balkonie. Kwiatek-zagadka z poprzedniej notki na filmie jest w kilku innych ujęciach. Gdyby jeszcze był problem z odgadnięciem, to nadmieniam, iż jest to dalia zmienna, półpełna. :)

 

piątek, 09 września 2011

Zapowiadają się zmiany. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu uda mi się już bezstresowo dać obszerniejszą notkę, a dziś mam dla Was tylko zagadkę. :)

Mnie osobiście kwiatek z tego ujęcia do złudzenia przypomina lilię wodną. Ciekawi mnie, czy to tylko moje odczucie i czy dacie radę odgadnąć, jakaż to roślina?


poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Zaczynam się zastanawiać czy to ja mam takiego pecha, czy inni abonenci Netii również.

 

Przypomnijmy pokrótce przeszłe problemy.

Półtora roku temu zmieniałem umowy, telekomunikacyjną i internetową. Skutkiem mojej decyzji był całkowity brak jakichkolwiek usług ze strony i wyłącznej winy firmy. O ile telefon podłączono mi już po kilku dniach, o tyle Internet zgodny z nową umową, która obowiązywała od zaraz, podłączono mi dopiero po półtora miesiąca. Ile w tym czasie wykonałem telefonów na infolinię nie pamiętam, ale była to liczba wysoce dwucyfrowa co najmniej. Problem w sposób cudowny i błyskawicznie został rozwiązany, kiedy wyraziłem chęć rozwiązania umowy (godząc się dobrowolnie na poniesienie kary za przedwczesne rozwiązanie dopiero co podpisanej umowy) oraz ostrzegłem zgłoszeniem problemu do Federacji Praw Konsumenta. Ponieważ problem ewidentnie wynikał za strony operatora, miałem prawo ubiegać się o zwrot kosztów abonamentu za okres pozbawiony usługi. Dokładnie 1/3 wysokości abonamentu. W ten prosty, aczkolwiek bardzo stresujący sposób teoretycznie wzbogaciłem się o jakieś czterdzieści kilka groszy; abonament wynosił bowiem równą złotówkę miesięcznie. Teoretycznie natomiast dlatego, bo nie połaszczyłem się nagłą szansę wzbogacenia się i nigdy ta szokująca kwota do mnie nie dotarła…

 

Aktualnie problem zaczął się od konieczności zmiany komputera. W nowym sprzęcie zainstalowany jest Windows7, który nie posiada zainstalowanych sterowników dla mojego starego modemu. W związku z tym konieczne było również zmienienie i tego urządzonka. Internet nawet mam, ale co chwilę - z różną częstotliwością, a zdarza się i kilkakrotnie w ciągu kilku minut – połączenie sieciowe jest zrywane. Co prawda na krótko, często na kilka sekund zaledwie, ale bywa to bardzo denerwujące. I nawet nie chodzi o samo radio, także maile, oglądane w sieci filmy, Blox, rozmowy jakiekolwiek… mogę napisać namiętnego, długiego maila bezpośrednio w okienku poczty, lecz jeśli w porę nie zapiszę go, to ryzykuję, że wszystko może wylecieć w kosmos. A znajomych na jakimś Marsie czy innym Jowiszu póki co jeszcze nie mam.

Ja nawet trochę jestem w stanie pojąć moim małym rozumkiem i rozumiem, że bez sensu jest np. wysyłanie techników do mieszkania abonenta, aby sprawdzić wsio na miejscu, skoro można zdalnie to uczynić. Albo przekazywać sprawę od razu wyżej. Tym bardziej, że zapewne wiele problemów zostaje rozwiązanych przez samych konsultantów. Zastanawiające jest jednak to, że każdy konsultant próbuje szukać innej przyczyny i rozwiązywać problem w inny sposób. Czasami człowiek odnosi wrażenie, że ma do czynienia z laikiem, któremu „góra” nakazała nie przyznawać się do tego, że czegoś nie wie lub nie umie. No, w końcu jest konsultantem, technicznym nawet, chociaż ci bywają bardziej rozgarnięci. Problemy w zasadzie były dwa. Pierwszy nie od razu, ale i tak stosunkowo szybko został rozwiązany, a polegał na prędkości Internetu rzędu 470 – 512 Kb, podczas gdy umowa przewiduje minimum 8 Mb (+ nieograniczenie wzwyż). Denerwującego rozłączania nikt nie potrafi skorygować, a jedynie po omacku szuka możliwej przyczyny. Modem (router) podłączyłem zgodnie z instrukcją przedstawioną w broszurce i dodatkowo na CD (bezprzewodowo). Najpierw zatem nakazano mi podłączyć go inaczej i będzie po problemie. Nie było. Kolejny konsultant nakazał odłączenie splitera i podłączenie obu kabelków osobno i już powinno działać poprawnie. Nie działało. Ja widzę, że ma pan bardzo wysokie parametry. Obniżymy je i problem powinien zniknąć. Kolejny: Ma pan bardzo zaniżone parametry, na pewno tu tkwi przyczyna… No to wziął i podciągnął transfer do 100 Mb. Kiedy kolejny konsultant zaczął twierdzić, że parametry (nie tylko szybkość, ale na tych inszych się nie znam, więc nie wiem, co to było) są ustawione na zbyt wysokim poziomie, wziąłem się i zbuntowałem. W odwecie dowiedziałem się, że w takim razie należy ponownie zainstalować sterowniki karty sieciowej. W końcu trafił się jakiś litościwy konsultant, twierdząc że to nie może być winą nowego komputera, a nie mogąc znaleźć rozwiązania, przekazał w końcu sprawę do centrali. Szkoda, że nie liczyłem, ile trzeba wykonać połączeń, aby sprawa trafiła wyżej; dobrze by było wiedzieć na przyszłość. :] Do poniedziałku mogę się oczekiwać SMSa z informacją, a jeśli go nie dostanę, to w tygodniu mogę się spodziewać techników w domu. SMSa nie dostałem, zadzwonił natomiast technik z centrali z zupełnie nowym rozwiązaniem. Coś tam poprawił, podał przyczynę i powinno działać (określenie „powinno działać” zaczyna mi się śnić po nocach. ;) ). Dodatkowo mam obserwować połączenie i jakby co dzwonić ponownie. Był tak miły, uprzejmy i przekonywający, że uwierzyłem w zapewnienia. W kilka sekund po odłożeniu słuchawki połączenie z siecią ponownie zostało zerwane…

Obserwuję zatem. Nie jest źle, jak na razie w ciągu trzech godzin zerwało zaledwie dwa razy. Przy czym drugi raz dosłownie na ułamek sekundy, dzięki czemu przesyłanie na YT filmiku nie zostało przerwane. :) Obawiam się jednak, że to jeszcze nie koniec „przygody”…


 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48