Kiedyś byłu tu: Myśli splątane, wyszeptane, wykrzyczane... Z otchłani duszy słowa wyszarpane... Znajdują się one nadal w początkowych wpisach. Jednakże w obecnych bywa ich coraz mniej. Zatem nazwa bloga została zmieniona na bardziej ogólną...

Clock by Widgia.com
Blog > Komentarze do wpisu

GERALD DURRELL, CZYLI FASCYNACJA GRECJĄ

Jednym z najczęściej powtarzających się pytań, jakimi raczą mnie różne poznawane osoby, jest to, skąd u mnie zainteresowanie Grecją. Zainteresowanie dość wybiórcze, że dodam i podkreślę nawet. Mój biologiczny drobiazgowy umysł zaczyna wtedy wertować wszelkie możliwe źródła tej fascynacji i w efekcie końcowym najczęściej nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć dość jednoznacznie.

Niemniej konkretne źródło jest pewne. W wieku wczesno nastoletnim dostałem od przyjaciela książkę na urodziny. Książka była zgodna z moimi chyba już łonie matki ukształtowanymi zainteresowaniami przyrodą. Książka wywarła na mnie takie wrażenia, że do dziś jeszcze pamiętam ówczesnego siebie, jak leżę w łóżku z jakąś potężną grypą i pochłaniam ogromne fragmenty opowieści.

Przyczyna 1. Byłem w wieku podobnym do autora ze stron książki. Miałem podobne zainteresowania. Nie ma się co dziwić, że mój młody i podatny na różne wpływy umysł został skutecznie zainfekowany miłością do tego akurat kraju (chociaż tych pojedynczych przyczyn jest nieco więcej). Przejąłem także to charakterystyczne angielskie poczucie humoru. Graniczące z wredną złośliwością niemal wręcz. I do dziś zdarza się mi usłyszeć pytanie, dlaczego jestem tak niemiły wobec kogoś tam. Aby nie być gołosłownym zacytuję fragment wczorajszej rozmowy pomiędzy mną a konającą z powodu przeziębienia i zachęcaną do zadbania o siebie Polgarą:

Polgara Czarodziejka:
nie  moge wziac L4,
bo to strata finansowa i nie tylko

Ksanthos:
no tak, pogrzeb kosztuje nieco...
 
 

Gerald Durrell (1925-1995) był jednym z najpopularniejszych pisarzy brytyjskich. Przyszedł na świat w rodzinie niezbyt przywiązanej do stałego miejsca zamieszkania. Pierwsze lata swego życia spędził w Indiach, potem jakiś czas Durrellowie mieszkali w Anglii, żeby wreszcie na dłużej osiedlić się na greckiej wyspie Korfu. I właśnie we wspomnieniach zawsze lubił wracać do czasów dzieciństwa spędzonego na tej greckiej wyspie. A co najważniejsze, potrafił te wspomnienia w zabawny sposób opisać w trzech książkach. Nieprawdopodobne przygody jakie przeżywa rodzina Durrellów "i inne zwierzęta", budzą wybuchy iście homeryckiego śmiechu, a dom, w którym mieszkają matka małego Gerry`ego, prawdziwie "święta kobieta", jego dwaj nieznośni bracia i kochliwa siostra oraz całe mnóstwo przeróżnych ssaków, ptaków, gadów, przypomina zarazem rajski ogród i zwariowaną arkę Noego…

Mam w swojej biblioteczce kilkanaście książek Geralda (chyba wszystkie), ale sam także najbardziej lubię wracać do tych trzech pierwszych… Ostatnio zdobyłem film dokumentalny, poświęcony jego życiu i pracy. Cudownie jest zobaczyć człowieka, którego za coś się lubi, ceni; obserwując jego zachowania, sposób mówienia, gesty – wyrobić sobie jeszcze pełniejszy realny obraz osobowości. Mój angielski jest niestety żaden, wiele z tego filmu mi umknęło zatem, ale najbardziej chyba zaskoczył fakt, iż Gerry był alkoholikiem. Powiedzmy, że miał problem alkoholowy, ponieważ ujęcie alkoholizm zbyt jednoznacznie się kojarzy w naszym kraju… Był, zwłaszcza w młodości, bardzo przystojnym i naprawdę ładnym mężczyzną…

Z wiekiem nie porzucił młodzieńczych fascynacji. Ukończył studia zoologiczne i już jako dwudziestodwulatek zorganizował, sfinansował i poprowadził ekspedycję do Kamerunu. Kolejne wyprawy zaprowadziły go m.in. do Gujany Angielskiej, Paragwaju czy Argentyny. I w tym wypadku wszelkie przygody "łowcy zwierząt", jak siebie określał, zostały opisane w poszczególnych tomikach: "Kraina szeptów", "Ogary z Baffut", "Nowy Noe" i innych… Przyrodnicze doświadczenia z wyspy Korfu stały się inspiracją do dalszej działalności, poświęconej ochronie wymierających gatunków zwierząt na całym świecie w celu zachowania bogactwa i różnorodności fauny zamieszkującej naszą planetę i założonym w tym celu ogrodzie zoologicznym na Jersey. 

Nigdy nie byłem w Grecji, najprawdopodobniej nigdy nie będę. Jedyne, co mnie w jakiś sposób łączy z tym krajem, to właśnie język – tutaj już nie wpływ Durrella, lecz naszej swojskiej Eleni… To muzyka – kiedyś głównie Eleni, bo wszystkie inne nagrania jakie można u nas kupić, to głównie grecka muzyka ludowa, wszelkie Zorby i inne Sirtaki… I nic ponad to. I w końcu to także ludzie – jedyny kontakt jaki miewałem odbywał się za pośrednictwem internetu. Niemniej, Grecy nadal są identyczni, jak ci opisywani w książkach Durrella, a pamiętajmy, że dzieciństwo Gerry`ego to okres przed drugą wojną światową…

Pochodzę z maleńkiej wioseczki, gdzieś w Wielkopolsce, jako potomek bardzo wiekowych jak na możliwości prokreacyjne rodziców. Rodzeństwo miałem jedno – przyrodnią siostrę o wiele lat starszą. Rodzice zapracowani od ciemnego świtu do późnego wieczora w niezmechanizowanym jeszcze a nie takim małym gospodarstwie rolnym. W dni powszednie, niedziele i nawet święta. Hodowla trzody świąt nie uznaje… Wieś podzielona na dwie części odległe od siebie o ponad dwa kilometry. W "mojej" części nie było równolatków, z tego co pamiętam – w ogóle nie było dzieci…

Przyczyna 2. Zatem maluch w wieku kilku lat głównie bawił się sam, z pasją obserwował zwierzaki, wtedy głównie tylko te domowe. Zresztą, wzrok najczęściej uniemożliwia poobserwowanie czegokolwiek w naturze… Uwielbiał szwendać się po polach, łąkach i innych odludnych miejscach. Kolejna analogia z życiem małego Geralda.

Przyczyna 3. Uwielbiałem także  odwiedzać sąsiadów, ludzi starszych lub nawet starych. W książkach z trylogii jest opisanych wiele takich starszych ludzi, ich zwyczaje, portrety psychologiczne…

Przyczyna 4. Dodajmy jeszcze i punkt czwarty – podobny wybór zawodu. Tylko, że Geraldowi powiedzmy, że się udało i czymś się zasłużył, a mnie – niestety - nie. Ale myślę, że teraz o wiele bardziej będzie zrozumiała moja tęsknota za ogólnym określeniem: wieś.

Zatem tęsknota za wsią w moim wykonaniu to nie tylko chęć zamieszania w małym domku w spokojnej okolicy. To coś znacznie potężniejszego. Ale o tym już innym razem… 

Zbliżając się do stołu usłyszałem, jak matka opowiada Lesliemu i Larremu o szczeniakach.

- Niezwykłe – stwierdził Leslie. – Nie sądzę, by było to celowe okrucieństwo, oni po prostu nie myślą. Wystarczy popatrzeć jak wpychają ranne ptaki do toreb myśliwskich. No i co było dalej? Gerry utopił te szczeniaki?

- Oczywiście, że nie – odparła z oburzeniem matka. – Przyniósł je do domu.

- Dobry Boże! – zawołał Larry. – Tylko nie to! Mamy już cztery psy.

- To są szczeniaczki – broniła się matka. – Biedne maleństwa.

- Ile ich jest? – chciał wiedzieć Larry.

- Jedenaście – odparła matka z wahaniem.

Larry odłożył sztućce i utkwił w niej spojrzenie.

- Jedenaście? – powtórzył. – Jedenaście szczeniaków? Chyba oszalałaś.

- Powtarzam ci, że to tylko malutkie stworzonka – oznajmiła matka ze wzburzeniem. – A Lulu znakomicie sobie z nimi radzi.

- Kto to jest Lulu, do diabła? – spytał Larry.

- Ich matka. Przemiłe stworzenie.

-  Więc doszło nam dwanaście cholernych psów.

- No cóż, chyba tak – westchnęła matka. – Nie liczyłam dokładnie.

- I w tym właśnie problem! – warknął Larry. – Nikt w tym domu nie umie liczyć! I zanim człowiek się obejrzy, brodzi po kolana w zwierzynie. Zupełnie jak przy cholernym akcie stworzenia, a nawet gorzej. Ani się nie spostrzeżesz, jak z jednej sowy robi się cały batalion, opętane seksem gołębie krążą po wszystkich pokojach rzucając wyzwanie Marii Stopes, a cały dom jest tak pełen ptactwa, że przypomina cholerny kurnik. Już nie wspomnę o wężach, ropuchach i innych tego rodzaju zwierzątkach, których ilość na wiele lat zaspokoiłaby potrzeby makbetowskich wiedźm. I jakby tego było mało, sprowadzacie sobie dwanaście psów. To najlepszy dowód dziedzicznego obłędu w tej rodzinie.

"Ogród bogów", Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s.22-23

 

czwartek, 24 maja 2007, ksanthos
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
2007/05/24 15:38:27
buhahahaha :) ja bym zemdlała jak bym sie dowiedziła o takiej zwierzynie :D

także tesknie za wsia...
bardzo...tam miałam szczesliwe dzieciństwo niczym nie zakłocone... kraków wszystko zniszczył...
heh..i znowu sie uzalam nad sobą...
heh... juz przestaje ;)
dobrze że znowu piszesz Marku, miło mi jest Cie bliżej poznac :)znaczy sie...jeszcze bliżej :)